Kilka dni temu pacjentka powiedziała mi:
„Wiem, że dużo osiągnęłam. Mam rodzinę, pracę, wykształcenie. Ludzie mówią, że dobrze sobie radzę. A ja ciągle mam poczucie, że to za mało.”
Siedziała przede mną zmęczona.
Nie dlatego, że miała za dużo obowiązków.
Była zmęczona ciągłym udowadnianiem swojej wartości.
To coś, co widzę bardzo często.
Ludzie przychodzą do gabinetu i mówią:
„Powinnam bardziej się starać.”
„Powinnam być silniejsza.”
„Powinnam mniej przeżywać.”
„Powinnam lepiej sobie radzić.”
Zawsze zastanawia mnie jedno.
Kto właściwie ustalił te wszystkie „powinnam”?
Bo kiedy zaczynamy rozmawiać głębiej, okazuje się, że bardzo często nie chodzi o teraźniejszość.
Nie chodzi o pracę.
Nie chodzi o partnera.
Nie chodzi nawet o to, co wydarzyło się w ostatnich miesiącach.
Bardzo często spotykamy dziewczynkę, która wiele lat temu uwierzyła, że żeby być ważną, musi się postarać bardziej niż inni.
Musi być grzeczna.
Musi być dzielna.
Musi nie sprawiać problemów.
Musi zasłużyć.
I później ta dziewczynka dorasta.
Kończy studia.
Buduje rodzinę.
Pracuje.
Pomaga innym.
A jednak nadal żyje tak, jakby ktoś miał za chwilę wystawić jej ocenę.
Jakby ciągle zdawała egzamin.
W terapii często pytam:
„Co by się stało, gdybyś już nie musiała niczego udowadniać?”
To pytanie bywa trudniejsze niż się wydaje.
Bo jeśli przez całe życie budowałam poczucie własnej wartości na osiągnięciach, poświęceniu i spełnianiu oczekiwań innych, to nagle nie wiem,
kim jestem bez tego wszystkiego.
I właśnie tutaj zaczyna się prawdziwa praca.
Nie nad tym, żeby bardziej siebie polubić.
Ale nad tym, żeby przestać traktować siebie jak projekt do nieustannej naprawy.
Bo może problem nie polega na tym, że jesteś niewystarczająca.
Może problem polega na tym, że od wielu lat próbujesz udowodnić coś, czego nigdy nie musiałaś udowadniać.