„Dlaczego znowu wybrałam kogoś niedostępnego?”
To pytanie słyszę w gabinecie bardzo często.
Zwykle pojawia się po kolejnej relacji, która miała być inna. Po kolejnym rozczarowaniu. Po kolejnej nadziei, że tym razem będzie inaczej.
Wiele osób przychodzi z przekonaniem, że po prostu mają pecha do ludzi.
Że trafiają na niewłaściwych partnerów.
Że nie potrafią ocenić człowieka.
Ale kiedy zaczynamy przyglądać się ich historii, często okazuje się, że problem nie leży w pechu.
Problem leży w tym, co nasza psychika uznaje za znajome.
Nie zakochujemy się wyłącznie w drugim człowieku.
Zakochujemy się również w uczuciach, które przy nim odczuwamy.
Jeżeli w dzieciństwie trzeba było zabiegać o uwagę rodzica, zgadywać jego nastrój, walczyć o bliskość lub nieustannie udowadniać swoją wartość,
taki sposób budowania relacji może zostać zapisany w nas jako coś naturalnego.
W dorosłym życiu możemy więc poczuć silne przyciąganie do osób, które wzbudzają podobne emocje.
Niepewność.
Tęsknotę.
Czekanie.
Nadzieję, że tym razem zostaniemy wybrani.
Paradoks polega na tym, że często mylimy intensywność z miłością.
Jeżeli przy kimś od początku czujemy silne emocje, ekscytację, napięcie i ciągłe zastanawianie się, co ta osoba myśli i czuje, możemy uznać,
że właśnie spotkaliśmy „tego jedynego” lub „tę jedyną”.
Tymczasem bardzo często aktywują się wtedy stare rany.
To nie serce mówi.
To przeszłość próbuje dokończyć historię, która kiedyś pozostała niedomknięta.
Wiele osób przez lata próbuje zdobyć miłość partnera, choć tak naprawdę nieświadomie próbują zdobyć miłość, uwagę lub akceptację, której zabrakło
im dużo wcześniej.
Dlatego tak trudno odejść.
Dlatego tak trudno odpuścić.
Bo stawką nie jest wyłącznie obecna relacja.
Stawką jest nadzieja, że tym razem w końcu się uda.
Że tym razem zostanę wybrana.
Że tym razem będę wystarczająca.
Proces zdrowienia zaczyna się wtedy, gdy przestajemy skupiać całą uwagę na drugiej osobie.
Kiedy zamiast pytać:
„Jak sprawić, żeby mnie pokochał?”
zaczynamy pytać:
„Co sprawia, że tak bardzo potrzebuję jego wyboru?”
To trudne pytanie.
Ale właśnie ono prowadzi do prawdziwej zmiany.
Bo celem terapii nie jest nauczenie się, jak zdobyć miłość drugiego człowieka.
Celem jest odkrycie, że nie trzeba na nią zasługiwać.
I że zdrowa relacja nie przypomina walki o uwagę.
Przypomina miejsce, w którym można wreszcie odetchnąć.